23 września

lavande czy lavandin?

Coucou!

Będąc na Święcie Lawendy w Sault dowiedziałam się z bardzo pewnego źródła, że lawenda to nie lawenda
Ale jak to?!

W Prowansji rozróżnia się bowiem lavande i lavandin. I to, co według nas jest powszechnie uważane za lawendę, to wcale nie jest lavande, ale właśnie lavandin. Na czym polega różnica?


Po pierwsze wygląd. Prawdziwa lawenda, to lawenda wąskolistna, zwana również lekarską (dla fanów botaniki Lavandula angustifolia Miller lub Lavandula officinalis Chaix), jest ona mniejsza i drobniejsza, nie rozgałęzia się, a jej kwiaty po wysuszeniu są nadal mocno fioletowe.


Popularna dla nas lawenda to zaś lavandin, po polsku podobno lawandyna/lawendyna. Słyszał ktoś kiedyś którąś z tych nazw? Ja nie, SJP też nie, nie mam pojęcia czy tłumaczenie jest więc poprawne, czy to po prostu taka niekoniecznie udana kalka z francuskiego. W każdym bądź razie z tymi wyrażeniami można się spotkać w "polskich internetach" (ale jak powszechnie wiadomo internet sprowadza czasem i na manowce...).


To ją uprawia się zazwyczaj na tych pięknych fioletowych polach (ponad 75% upraw). Jest to krzyżówka lawendy wąskolistnej oraz szerokolistnej (spiki). Jest ona większa od lawendy prawdziwej, a jej łodygi rozgałęziają się w charakterystyczny sposób. Po wysuszeniu jej kwiaty bledną (co można było zauważyć też na zdjęciach pól lawendowych ze Święta Lawendy).


Dlaczego więc, skoro to nie jest ta prawdziwa lawenda, to ją się głównie uprawia? Otóż jest to zdecydowanie łatwiejsze. Jest ona rośliną sterylną, którą bardzo prosto rozmnaża się przez odkłady. Jej hodowle znajdują głównie na wysokościach 600-1000 m n.p.m., podczas gdy lawendę lekarską uprawia się wyżej, do 1200 m n.p.m.


Lawenda lekarska jest ponadto bardziej delikatna i mniej odporna na niekorzystne warunki środowiskowe. Olejek wytwarzany z tej odmiany jest najbardziej wartościowy, ze względu na wysoką zawartość octanu linalilu (cennego surowca zapachowego) oraz innych estrów. Olejek z lawendy szerokolistnej, najczęściej spotykany pod nazwą olejku spikowego, zawiera ich bardzo mało, w jego składzie na wysokim miejscu znajduje się zaś kamfora, praktycznie nie występująca w olejku z lawendy prawdziwej.


Mam nadzieję, że udało mi się Was troszkę zaciekawić, dla mnie to była totalna nowość!
Przyznam jednak, że według mnie "podrabiana" lawenda i tak cudownie pachnie, a fioletowe pola są po prostu magiczne. A jak się nazbiera trochę takiej lawendy, to można spędzić miłe popołudnie na robótkach ręcznych :)






Spodobał Ci się wpis i chcesz więcej? Zapisz się na francuski newsletter w berecie
lub zajrzyj na
Copyright © 2016 Madou en France , Blogger